Umoja400
Michal Karas
04/07/2019

Umoja: Mężczyznom wstęp wzbroniony!

Choć w większości światowych mediów materiały o tej maleńkiej wiosce w Kenii są utrzymane w niemal żartobliwym, ciekawostkowym tonie, to prawda jest bolesna. Tutejsze kobiety lubią się śmiać, ale każda ma jakieś wspomnienie, o którym wolałaby nie mówić…

Być może już znacie tę historię: Umoja (w suahili znaczy jedność) to wioska w Kenii, gdzie mężczyźni nie mają wstępu. Tylko kobiety i dzieci mają prawo zamieszkiwać tutejsze domy, same się opodatkowały i stworzyły szkołę, później przedszkole. Ten wyjątkowo rzadki przykład matriarchatu cieszy się światową sławą, choć codzienność nie zawsze jest równie barwna, jak może się wydawać.

Pod „Drzewem Mowy”

Umoja leży niemal w sercu Kenii, ponad 200 kilometrów od Nairobi, w pobliżu miasteczka Archer’s Point. Całkowity obwód miejscowości nie wynosi nawet 400 metrów, jest tu dosłownie trzydzieści domków. Wszystkie wykonane zgodnie z tradycją ludową – ściany z przewiewnego drewna, a dach kryty skorupą z gliny i krowich odchodów. No, jest też plastik, ponieważ brezentowe płachty lepiej chronią przed deszczem.

Obwód wsi można obliczyć tylko dlatego, że jest w całości ogrodzona. I choć nie jest to nawet prymitywny ostrokół (płot składa się z cierni i drutu kolczastego), to wystarcza dla zapewnienia bezpieczeństwa wewnątrz. Chatki, tzw. manyata, umieszczone są na obwodzie. W centrum jest zagrody dla zwierząt, sklepik z pamiątkami, zacienione miejsce spotkań i drzewo. Nie byle jakie, bo Drzewo Mowy. Tu kobiety spotykają się formalnie, podczas rady wioski. Głosują, dyskutują i ustalają kolejne działania. Szkoła i przedszkole to jedyne murowane budynki, ale one znajdują się już za ogrodzeniem i nocą stoją puste.

Choć Umoja formalnie nie ma autonomii, to otrzymała opiekę władz krajowych Kenii. Policjanci są uczuleni, by interweniować w przypadku wezwań z wioski. Kobiety nie płacą podatków nikomu na zewnątrz, oddają część swoich przychodów wyłącznie na cele wioski – przybory szkolne, utrzymanie zwierząt, rozwój infrastruktury. Bo nawet jeśli mieszkają w chatkach z nawozu, to są przedsiębiorcze. Sprzedają ręcznie robione pamiątki, prowadzą camping dla turystów (to miejsce popularne wśród miłośników safari) ok. kilometr od wioski, a nawet handlują własnej produkcji piwem. Bo jakoś trzeba sobie radzić.

Choć wszystkie mieszkanki są sobie równe, rządzić może tylko jedna. To widoczna na zdjęciu poniżej Rebecca Lolosoli, jedna z 15 pierwotnych założycielek Umoji z 1990 roku. Dziś już po sześćdziesiątce, ale wciąż dziarska i niezłomna, Rebecca trzyma wszystko w ryzach.

Za każdą kobietą stoi dramat

Ale nawet postawna liderka do dziś pamięta, dlaczego postanowiła na suchej równinie założyć swoją wieś. W wieku 18 lat została wydana za mąż, w zamian za 17 krów przekazanych w posagu przez rodziców. Podczas nieobecności męża czterech miejscowych mężczyzn napadło ją, okradło i brutalnie pobiło. Gdy małżonek po powrocie nie chciał jej pomóc ani znaleźć sprawców, odeszła od niego. Później wielokrotnie groził jej śmiercią, w 2009 (a więc po ok. 20 latach!) wbiegł nawet z bronią do Umoji i chciał ją zabić, ale Rebeki akurat nie było. Kobiety i dzieci czasowo uciekły wówczas ze wsi – pierwszy i jedyny dotąd raz.

Jej historia nie robi tu na nikim wrażenia, bywają znacznie brutalniejsze. W znacznym stopniu winna jest miejscowa kultura. Naród Samburu (lud wywodzący się od Masajów) jest skrajnie patriarchalny. Mężczyźni mają po kilka żon, przemoc wobec nich jest akceptowana społecznie, a bywa, że partnerki traktowane są jak własność. Za mąż wydawane są nawet w wieku kilku lat, a 10-letnie dziecko w ciąży nie jest rzadkim widokiem.

Na dodatek gigantyczne spustoszenie wywołali stacjonujący nieopodal brytyjscy żołnierze. Miejscowe kobiety na przestrzeni 30 lat zgłosiły grubo ponad tysiąc przypadków gwałtu, często zbiorowego, z ich strony. Nie mogły jednak liczyć na pomoc swoich rodzin. U Samburu kobieta zgwałcona poza małżeństwem jest zbrukana i może nawet zostać wykluczona z rodziny. Wyrzucane z domów, rodzące dzieci o jasnej karnacji kobiety często były zdane na siebie i właśnie w takich okolicznościach powstała Umoja – było ich kilkanaście, nie miały gdzie iść, postanowiły stworzyć coś same.

Warto przy okazji dodać, że brak wsparcia po niemal masowych gwałtach dotyczył nie tylko miejscowych mężczyzn. Rząd Wielkiej Brytanii również okrył się hańbą, bowiem żandarmeria wojskowa uznała wszystkie zebrane przez prawników zarzuty za wyssane z palca – co do jednego. Nie tylko nikogo nie postawiono w stan oskarżenia, nie tylko podważono wiarygodność ofiar – żandarmi zrobili coś znacznie gorszego: nigdy nie zwrócili przekazanej im dokumentacji, w tym obdukcji lekarskich, spisanych zeznań czy raportów policyjnych. Wszystko oficjalnie „zaginęło”. A bez tego nie da się dochodzić sprawiedliwości, ani w postępowaniu karnym, ani cywilnym.

Jak to jest z tymi mężczyznami?

Mamy więc liczne ofiary gwałtów, pobić, okaleczeń, rytualnego wyrzezania, ale też sieroty. Wiele dzieci jest porzucanych np. z powodu zachorowania na HIV. Tu mogą przyjść i otrzymają pomoc, również medyczną. Na obecną chwilę w Umoji mieszka ok. 50 dorosłych kobiet i do 200 dzieci. W przypadku dzieci płeć nie gra roli, ale nawet biologiczni synowie tutejszych kobiet muszą opuścić siedlisko po osiągnięciu pełnoletności. Dla dorosłych mężczyzn miejsca nie ma.

No… prawie nie ma. Po pierwsze, wstęp do wsi mają turyści. Za drobną opłatą i kierowani szybko do sklepiku z pamiątkami, ale wejść mogą. Nie mogą za to nocować w Umoji. Takiego przywileju nie mają również lokalni pasterze, którzy wstęp do wioski mają w zamian za pomoc przy inwentarzu. Kobiety mogą odwiedzać również krewni, ale i na nich mieszkanki patrzą z dużą ostrożnością.

Dzieci są ich przyszłością

Jest jeszcze jedno, po co przyjść można: seks. Bo może i kobiety z Umoji są szczęśliwe w matriarchacie, ale życie seksualne również chcą mieć. I mają, wreszcie na swoich warunkach. To one wybierają, kogo zaproszą po zmroku do chatki i kto cichaczem będzie musiał wyjść przed świtem (lub dla kogo nie wrócą na noc). Nie robią z tego zresztą wielkiej tajemnicy – reporterom i turystom o podbojach opowiadają bez skrępowania.

Partnerów szukają zresztą nie tylko dla przyjemności, ale i potomstwa. Posiadanie wielu dzieci to u Samburu norma. Podobnie jak w wielu innych pierwotnych wspólnotach, dzieci w dojrzałym wieku często opiekują się starszymi rodzicami. A jest kim się zająć, bowiem najstarsze mieszkanki mają ponad 90 lat!

Choć warunki nie są luksusowe, to miejscowe dzieci mają jeden zasadniczy luksus: edukacja zamiast pracy od najmłodszych lat. W sąsiednich osadach dzieci muszą zajmować się zwierzętami lub rzemiosłem w wieku nawet kilku lat i pozostają często niepiśmienne aż do śmierci, tymczasem w Umoji na pierwszym miejscu jest szkoła. Na tyle dobra, zresztą, że pozwala mieszkankom myśleć o wyjeździe do dużego miasta i samodzielnym życiu.

Nie muszą wyjeżdżać daleko, ponieważ sukces Umoji pozwolił rozpocząć budowę ruchu społecznego w całej Kenii. Dzieci uczone w miejscowej szkole równości i szacunku niezależnie od płci trafiają też do innych matriarchalnych wiosek, których jest już prawie 30!

Zdjęcia: Umoja Jewellery

Umoja400
Umoja400

Komentarze Dodaj komentarz (1)

  1. Dagmara 13/07/2019 14:01

    CytujSkomentuj

    To bardzo ważny temat i cieszę się, że coraz więcej osób porusza temat kobiet z afrykańskich lądów. Bo to, co się słyszy to raczej niestety nie napawa optymizmem. A tu proszę – temat jak dla mnie. Wspaniałe jest to, ze te kobiety idą do przodu i nie patrzą w tył. Życzę im wszytskiego najlepszego!

Dodaj komentarz

Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.