Ewa-Jakubowska-Lorenz-IKONA
Anna Chodacka
03/03/2018

Ewa Jakubowska-Lorenz: Nie zgadzam się na bierność

„Z roku na rok wąska grupa najzamożniejszych koncentruje w swych rękach coraz więcej bogactwa.(…) Równocześnie jedna na dziewięć osób na świecie idzie spać głodna. Ta przepaść cały czas się pogłębia.” Dla Ewy Jakubowskiej-Lorenz, tylko praca na rzecz poprawy sytuacji na świecie ma sens. Równość i sprawiedliwość nie są dla niej jedynie pustymi słowami. Skoro korzystamy z zasobów Ziemi, to jesteśmy za nią współodpowiedzialni. Dlaczego kondycja świata jest dziś tak fatalna, skoro jest tak dobrze?

Hasło organizacji, w której pani działa „Dążymy do zmiany niesprawiedliwych mechanizmów rządzących światem” jest bardzo ambitne. Co ono oznacza w praktyce?

Ewa Jakubowska – Lorenz, Instytut Globalnej Odpowiedzialności (IGO): Kiedy zaczynałam pracę w IGO, jeden z moich kolegów skomentował lekko ironicznie: „Hmm, odpowiedzialność za cały świat, to sporo jak na taką niedużą osóbkę.” Rzeczywiście sporo, ale nie mam poczucia, że te określenia są na wyrost. Naprawdę tematy, jakie porusza IGO i metody, jakimi to robi są spójne z naszą nazwą i hasłem. U ich podstaw leży przekonanie, że żyjemy w świecie pełnym współzależności, w których nasze decyzje i wybory mają wpływ na to, jak ten świat wygląda, czy jest sprawiedliwy i zrównoważony, czy też wzmacnia najmocniejszych, a spycha na margines pozostałych, równocześnie na wielką skalę niszcząc środowisko, od którego wszyscy zależymy. Wiemy, że nasz sposób życia wpływa na ludzi w innych częściach świata i na przyszły stan naszej planety. A stąd już tylko krok do odpowiedzialności. Skoro to, co robimy, jako zwykli ludzie tu i teraz zostawia istotny ślad, a sami korzystamy z zasobów Ziemi, to jesteśmy za nią współodpowiedzialni: wobec naszych dzieci, wobec współmieszkańców planety, a osoby wierzące mogłyby spokojnie powiedzieć, że również wobec Boga. A skoro jestem współodpowiedzialna, to czuję się zobowiązana do działania na rzecz poprawy tego świata.

To brzmi nieco górnolotnie.

No właśnie, nie jesteśmy, na co dzień przyzwyczajeni do takiego dyskursu. Znacznie częściej słyszymy język, który odnosi się do indywidualnych korzyści, do rywalizacji, konkurencji czy zysku. Mało słyszymy o wspólnotowości, sprawiedliwości czy właśnie współodpowiedzialności, szczególnie w skali globalnej. A już np. określenia takie jak „sprawiedliwość społeczna” czy „równość” spotykają się w Polsce nierzadko z ironicznym uśmieszkiem, bo niestety kojarzą się z okresem komunizmu i aberracjami, do których doprowadził ten system, mając na swych sztandarach te właśnie wartości. Ale przecież za komuny skompromitowały się metody i działania, a nie same wartości! Wciąż pozostają one fundamentalnymi ludzkimi wartościami, o których powinniśmy się uczyć w szkole i w domu. Tymczasem, obecnie ten język jest zagłuszany w naszym codziennym życiu przez język rynku. Codziennie słyszymy i widzimy tysiące reklam, które przekonują nas, że musimy koniecznie mieć tysiące produktów, ciągle nowe i ciągle więcej. I mało kto, zastanawia się, jaki to ma długofalowy skutek. No i nic dziwnego, że mało kto się zastanawia, skoro ze wszystkich stron media i politycy powtarzają, że najważniejszy jest wzrost gospodarczy, bo inaczej nasz świat się zawali, a prezydent największego mocarstwa po tragicznym ataku z 11 września bezceremonialnie mówi: „Idźcie i kupujcie”.  Poniekąd symbolem naszych czasów jest stwierdzenie, „Greed is good” (chciwość jest dobra). Przecież to niedorzeczność.

Czy chce pani powiedzieć, że niepotrzebny nam wzrost gospodarczy?

Imperatyw wzrostu gospodarczego wymusza rosnący konsumpcjonizm, a ten prowadzi nas do katastrofy: po pierwsze do alarmującej degradacji środowiska, a po drugie do gigantycznych nierówności społecznych. Oba te zjawiska są już na takim etapie, że zagrażają stabilności świata. I to nie za setki lat, ale w życiu obecnego pokolenia, może nawet naszego. W obszarze środowiska najpoważniejsze są oczywiście zmiany klimatu, które naprawdę wstrząsną naszą cywilizacją. Mieliśmy czas i możliwość, aby je zatrzymać, albo przynajmniej znacznie wyhamować, bo serio mówi się o tym problemie od ponad 30 lat. Ale nie skorzystaliśmy z tej szansy, bo właśnie ważniejszy okazywał się wzrost gospodarczy. Wzrost konsumpcji nie tylko nakręca zmiany klimatu, ale prowadzi też do innych dramatycznych zjawisk, jak wylesianie na masową skalę, przełowienie łowisk w oceanach, utrata bioróżnorodności (która jest wszak podstawą stabilności ekosystemu), zanieczyszczenie i śmieci. Po oceanach pływają całe wyspy plastiku, z których największa, jak się ocenia, przekracza dwukrotnie powierzchnię Polski. Tymczasem my wciąż pakujemy wszystko w plastik i nie podejmujemy nawet najprostszych działań, by te zjawiska ograniczać. Kiedy na bazarku stanowczo mówię, że nie chcę brać żadnych torebek plastikowych, bo zawsze mam przy sobie kilka używanych, to patrzą na mnie jak na wariatkę. Czyli należę do jakiegoś marginesu. Takich rzeczy, których nie robimy, a powinniśmy są setki. Poza tym, chciwość jest zła, po prostu z moralnego punktu widzenia.

A na czym polega problem z nierównościami? Przecież one były zawsze, ludzie nigdy nie byli równi i nigdy nie będą.

To prawda, ale w ciągu ostatnich 30 lat stają się coraz bardziej nierówni. Bogactwo bogatych rośnie w sposób groteskowy. W latach 50. zarobki menadżerów korporacji były około 20-30 razy wyższe niż zarobki robotników pracujących w ich fabrykach. Teraz są 500-600 razy wyższe. Są nawet korporacje, które płacą swoim CEO tysiąc razy więcej niż szeregowemu pracownikowi czy pracowniczce. Wysokie pensje mają pełnić funkcję motywującą. Ale czy naprawdę wierzymy, że ci ludzie na to zasługują? Są tysiąc razy bardziej pracowici? Tysiąc razy bardziej inteligentni? Odpowiedzialni? Pomysłowi? A może są po prostu chciwi i bezwstydni? Ale system, na który się pokornie godzimy im to umożliwia. Międzynarodowa organizacja Oxfam śledzi uważnie pogłębianie się nierówności. Z roku na rok wąska grupa najzamożniejszych koncentruje w swych rękach coraz więcej bogactwa. Obecnie 1% ludzi posiada już więcej niż cała reszta ludzkości. W tym roku Oxfam podał, że najbogatszych ośmiu miliarderów kontroluje majątek o wartości równej stanowi posiadania połowie ludzkości. Równocześnie jedna na dziewięć osób na świecie idzie spać głodna. Ta przepaść cały czas się pogłębia. A takie nierówności prowadzą do rewolucji lub wojen. Już nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który trudno podejrzewać o lewicową agendę twierdzi, że nierówności zagrażają gospodarce i stabilności, i że należy im przeciwdziałać.

Czym zatem zajmuje się Instytut Globalnej Odpowiedzialności, aby przeciwdziałać tym zjawiskom? Jakie tematy poruszacie?

Chodzi nam przede wszystkim o zmniejszanie dysproporcji i nierówności pomiędzy krajami globalnej Północy (tzw. „rozwiniętymi:”) a globalnego Południa. Czyli między tymi, którzy są beneficjentami obecnego systemu, a tymi, którzy płacą zań najwyższą cenę. Zajmujemy się kilkoma tematami. Jeden z nich to walka z unikaniem opodatkowania przez międzynarodowy biznes. To absurdalne i niemoralne, że giganci rynku, firmy typu Apple czy Google płacą podatki rządu 1%, a nawet mniej. Mówimy o firmach, które mają przychody większe niż budżet większości państw świata. To nie tylko nierówna konkurencja wobec mniejszych, lokalnych firm. To przede wszystkim zwykłe okradanie obywateli i obywatelek poszczególnych państw, których budżety tracą rocznie gigantyczne sumy na tym procederze, a równocześnie zmuszane są do drastycznych oszczędności. Nie ma pieniędzy na służbę zdrowia, ale są na obniżanie podatków korporacjom, a w efekcie zwiększanie majątków ich szefów, żeby mogli zarabiać 600 czy 1000 razy więcej od swoich pracowników. Inny temat to międzynarodowe umowy handlowe, jak TTIP i CETA. Zabiegamy o to, by nie dawały specjalnych przywilejów międzynarodowym korporacjom kosztem firm rodzimych i rządów np. poprzez system trybunałów arbitrażowych. Te trybunały to de facto narzędzie szantażu, ponieważ pozwalają firmom wymuszać „odszkodowania” za suwerenne decyzje rządów podejmowane w interesie publicznym, choćby dla ochrony środowiska czy zdrowia obywateli.

Czym pani zajmuje się w Instytucie Globalnej Odpowiedzialności?

Koordynuję i realizuję projekt „Stop Mad Mining” czyli „Stop Szalonemu Górnictwu”, który dotyczy nadużyć związanych z wydobyciem surowców naturalnych. Ponieważ, jak wspomniałam, IGO koncentruje się na relacjach globalnych, nie zajmujemy się tym, co większości Polaków kojarzy się z górnictwem, czyli węglem w Polsce. Moja kampania pokazuje, z czym łączy się wydobycie surowców na świecie, a prawie zawsze łączy się z poważnym niszczeniem środowiska oraz łamaniem praw człowieka i – często – praw ludności rdzennej. Ponieważ nasza gospodarka oparta jest na paradygmacie ciągłego wzrostu gospodarczego, a zatem rosnącej konsumpcji, zużywa ogromne ilości surowców naturalnych, przede wszystkim paliw kopalnych i metali. Ich wydobycie stale rośnie, a zasoby się kurczą. Sto lat temu, złoto wydobywaliśmy ze skał, które miały około 20 gramów na tonę, teraz pozyskuje się je ze skał, które mają 2 gramy na tonę, a niekiedy nawet mniej. Co to oznacza? Po pierwsze, zużycie znacznie większych ilości energii do tych procesów. Po drugie, przeznaczanie coraz większych terenów pod wydobycie. A to bardzo często pociąga za sobą łamanie podstawowych praw człowieka. W krajach Południa ludzie bardzo często tracą ziemię, na której żyli od pokoleń, bo wkracza tam kopalnia. Nierzadko lądują w slumsach. Jeśli nie tracą swojej ziemi, to tracą dostęp do czystej wody i możliwość uprawy roli. Zajmowałam się przypadkiem Salwadoru, gdzie kopalnia w ciągu jednej godziny czerpie tyle wody, ile tamtejsza przeciętna rodzina zużywa w ciągu 20 lat. Do wydobycia złota używa się też toksycznych cyjanków, a tymczasem 90 proc. wód powierzchniowych w Salwadorze jest już tak skażona, że nie da się ich uzdatnić do picia. Brak dostępu do czystej wody jest tam jednym z poważniejszych problemów. Nic dziwnego, że w tym kraju od kilkunastu lat narastają silne ruchy sprzeciwu wobec wydobycia. Ale nie tylko tam. Takie ruchy są w większości krajów globalnego Południa. W Salwadorze protesty osiągnęły taką skalę i intensywność, że w marcu tego roku parlament jednogłośnie przyjął zakaz wydobycia wszelkich metali na terytorium kraju. To niebywałe! Najmniejszy kraj Ameryki Łacińskiej postawił się największym korporacjom wydobywczym z Kanady czy USA. Bo nie miał wyboru. Bo dla nich, to dosłownie sprawa życia lub śmierci, i o dziwo elity polityczne to zrozumiały. W znacznej mierze dlatego, że do walki przeciw wydobyciu aktywnie włączył się tam kościół katolicki. To akurat historia w pewnym sensie optymistyczna (o ile zakaz nie zostanie zniesiony). Ale tuż obok jest Honduras, w którym instytucje państwowe oficjalnie przeznaczają pod potencjalne kopalnie blisko jedną czwartą terytorium kraju. Czy potrafilibyśmy sobie to wyobrazić w Polsce? Żeby jedna czwarta kraju stała się terenem odkrywkowym? Tego typu problemy i konflikty dzieją się na całym świecie, również w Europie.

A co to ma wspólnego z nami?

Ano właśnie! Wracamy do konsumpcji. Ciekawe czy czytelnicy i czytelniczki wiedzą ile w ciągu jednego roku produkuje się na świecie smartfonów? Bo do ich produkcji używa się około 50 różnych metali i minerałów, w tym złota. Tylko w 2016 roku wyprodukowano ich ponad 1 miliard 350 milionów. To więcej niż jedna piąta ludzkości. Tylko w jednym roku i tylko smartfonów! A do tego dochodzą komputery, tablety, laptopy, czytniki, aparaty fotograficzne, konsole, samochody, telewizory i tysiące innych produktów. We wszystkich są surowce. Tylko w bardzo małym stopniu, jak na razie, pochodzące z recyklingu. Produkujemy i wyrzucamy gigantyczne ilości przedmiotów. Producenci przekonują nas, że po roku czy dwóch nasz telefon jest przestarzały i trzeba go wymienić, a mógłby nam spokojnie służyć jeszcze kilka lat. Przecież kilkadziesiąt lat temu tak projektowano produkty, by były trwałe. Teraz robi się to tak, by psuły się zaraz po upływie gwarancji, czasem nawet po roku. Nieprawdą jest, że problem dostępu do zasobów wynika głównie z rosnącej liczby ludności, choć tak byłoby nam wygodnie myśleć. On w ogromnej mierze wynika z absurdalnie rozkręcanej spirali konsumpcji w krajach najzamożniejszych, do których – dyskretnie przypominam – Polska już się zalicza. Ludzie w krajach „bogatych” konsumują do dziewięciu razy więcej zasobów niż w krajach najbiedniejszych. Gdyby wszyscy ludzie na świecie konsumowali tyle, ile przeciętny mieszaniec czy mieszkanka Australii czy USA, potrzebowalibyśmy około pięciu Ziem; około trzech gdyby każdy chciał dorównać w konsumpcji Niemcom, Szwajcarom czy Francuzom. Nie mamy trzech ani pięciu planet. Mamy jedną.

W ciągu ostatnich 50 lat zużyliśmy więcej zasobów naturalnych ziemi niż w całej poprzedzającej historii ludzkości. Ludzie w bogatych społeczeństwach kupują i posiadają nieporównanie więcej niż mieli 50 lat temu, a jednak wszelkie badania wskazują, że wcale nie są szczęśliwsi. Wręcz przeciwnie, depresja jest w tych społeczeństwach powszechnym zjawiskiem, według statystyk, co druga osoba w krajach „Zachodnich” może jej doświadczyć w którymś momencie swojego życia.

Obecny system oparty na nieskończonym wzroście jest nie do utrzymania. I teraz jest ostatni dzwonek, byśmy zdali sobie z tego sprawę i go zmienili. W przeciwnym razie rachunek będzie naprawdę wysoki. Potrzebujemy nie stopniowych, marginalnych zmian typu oszczędność energii o 10 proc. na 10 lat, ale radykalnej, systemowej zmiany. Są już dziesiątki książek na temat „postwzrostu”, tęgie głowy dyskutują o tym, jak przeciąć ten węzeł gordyjski, ale to słabo przebija się do głównego nurtu debaty.

Dlaczego dołączyła pani do zespołu IGO?

Bo nie zgadzam się z poglądem, że nic się nie da zrobić, że tak już jest na świecie i możemy tylko „albo dziobać albo być dziobani”. Taka postawa jest organicznie sprzeczna, z moim charakterem. Nie zgadzam się na bierność, ani nie chcę stać „po złej stornie mocy”. Gdybym robiła coś innego, to czułabym, że moje życie nie ma sensu. Wcześniej byłam związana z Greenpeace i z fundacją ClientEarth Prawnicy dla Ziemi. Potem, z braku innych możliwości, pracowałam nie w organizacji pozarządowej, ale szacownej, stabilnej instytucji. Jednak czułam, że się duszę, bo nie robię nic, co uważam za naprawdę ważne i potrzebne, czemu chcę poświęcać moje życie. Zrezygnowałam z niemal dwa razy wyższej pensji, by podjąć pracę w IGO, choć wiedziałam, że obejmuję projekt na 3 lata i nie wiadomo było czy organizacji uda się zdobyć dalsze fundusze. Teraz już wiadomo. Z końcem roku projekt się kończy, a wraz z nim moje zatrudnienie. Ale są takie dwa powiedzenia, które bardzo cenię i staram się być im wierna. Przytoczę je po angielsku, bo lubię syntetyczność tego języka. „Do what is right, not what is easy” (Rób to, co słuszne, nie to, co łatwe) i „Walk the talk” (czyli postępuj zgodnie z tym, co głosisz). „W” i „przy” pracy spędzamy połowę swojego aktywnego życia. Pracę w organizacjach, które są zgodne z wyznawanym przeze mnie systemem wartości, uważam właśnie za postępowanie zgodnie z tym, co głoszę. No i muszę jeszcze przyznać, że mam bardzo wyrozumiałego pod tym względem męża, który szanuje moje wybory i godzi się po pierwsze z niższym poziomem materialnym rodziny, a po drugie pewną dozą niepewności, z którą te wybory się wiążą.

Co uważa pani za sukces działań swoich i organizacji?

Odpowiedź na to pytanie jest złożona. To nie jest dziedzina, w której istnieje jakiś prosty mierzalny wyznacznik sukcesu. Oczywiste jest też, że cele są tak wielkie i dalekosiężne, że zmagamy się, na co dzień z ogromną frustracją, bo zmiany zachodzą zdecydowanie zbyt wolno. Ale naszym celem w Polsce jest przede wszystkim budzenie świadomości i wrażliwości, a to zawsze mozolna praca. Udało nam się wprowadzić do Polskiej debaty temat umów TTIP i CETA. Prowadzimy warsztaty dla nauczycielek i nauczycieli, i cieszą się one dużym zainteresowaniem, mimo niesprzyjającej obecnie atmosfery wokół tematów globalnych. Jestem szczęśliwa, że zrobiona w ramach mojej kampanii krótka animacja pt. „Tajemnica twojego smartfona” doczekała się na Facebooku ponad 400 tysięcy wyświetleń, co jak na organizację pozarządową i budżet filmu wysokości 3 tysięcy złotych jest naprawdę bardzo dobrym wynikiem. Kiedy zamieściłam na naszym profilu mem i wpis o tym, jak szkodliwe są jednorazowe kapsułki do kawy, to miał ponad 700 udostępnień i wywołał burzliwą dyskusję o recyclingu. Bardzo się cieszę, że kilkadziesiąt osób spierało się o to czy recykling nas uratuje, zamiast w tym czasie np. dyskutować o skandalikach czy kreacjach celebrytów. Kolejny sukces to współpraca z mediami. Choć nasze tematy traktowane są w Polsce jako niszowe, a nasze podejście budzi pewien opór, to jednak mamy już kilkoro dziennikarzy i dziennikarek, którzy sami zwracają się do nas o opinię lub komentarz. Choćby przykład z dzisiaj. Zadzwonił do mnie dziennikarz, który z własnej inicjatywy postanowił napisać o toczących się w ONZ negocjacjach dotyczących stworzenia prawnie wiążącego Traktatu o Odpowiedzialności Korporacji i Prawach Człowieka. To ogromnie ważne rozmowy, ale w Polsce nikt o nich jeszcze nie pisał, bo mało kogo takie rzeczy interesują. Ale jeśli już znajdzie się taki rodzynek, który rozumie jakie to ważne, to dzwoni do nas. To naprawdę sukces, bo IGO uznawane jest za organizację, która trzyma rękę na pulsie ważnych zmian zmierzających w kierunku większej sprawiedliwości globalnej.

Ewa-Jakubowska-Lorenz-IKONA
Ewa-Jakubowska-Lorenz-IKONA

Dodaj komentarz

Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.